Koniec.

Modliszka znalazła Arrhodesa tuż przed tym jak wydał ostatnie tchnienie. Zmarłego otuliła i leżeli tak przez dwa dni śnieżycy, „a trzeciego dnia wzeszło słońce”. Swoją drogą dziwna jest ta ostatnia fraza. Gdzie było słońce przez dwa dni? Czy tylko za chmurami? Definicja dnia odnosi się do ruchu ciał niebieskich, niezależnie od pogody. Domyślam się tu związku z pierwszym zdaniem opowiadania, „na początku była ciemność”. W biblijnym Genesis rytm kolejnych dni nie zależy od obrotów Ziemi, tylko obejmuje całe stworzenie. Dzień to nie 24 godziny ani pełny cykl dobowy (naprzemienna jasność i ciemność pojawia się dopiero któregoś z kolei dnia) tylko umowna figura oznaczająca dający się pojąć odcinek czasu. Więc widzę tu klamrę i głębsze, w jakiś sposób przewrotne nawiązanie do mitu o początku. Ale jak dokładnie to rozumieć, nie wiem.


W każdym razie, skończone. Powstała kompozycja nieco ponad półgodzinna, jednoczęściowa, kilkuodcinkowa. Chyba dość wymagająca, zwłaszcza dla solistki… Ale Asia Freszel nie takie rzeczy potrafi zaśpiewać. A towarzyszyć jej będzie, wygląda na to, Klangforum Wien. Gdzie i kiedy, jeszcze nie wiem. Ostateczny tytuł: lo firgai. Czyli lożbańskie określenie maski w rozumieniu zakrycia twarzy.


Nie pisałem tym razem wiele o muzyce, przykładów partytury było mało. Za to teraz całość, z lotu ptaka:


A tu ostateczny tekst w wersji polskiej:


Była ciemność.

A kim byłam ja?

Dokądże?

Do kogóż?

Przesuwałam się?

Obdarzona wolą istota.

Osoba

Człowiek

Kobieta

Ja / Ja jestem.

Otwarłam oczy i uśmiechnęłam się

Ruszyłam przed siebie a suknie szły za mną.

To był dworski bal.

Otwarł się korytarz,

abym szła niczym królowa jakaś

tą wąską ścieżką międzyludzką.

U stóp marmurowego posągu, stał człowiek

niższy od innych.

To był Król.

A kim byłam ja?

Mijając go, przystanęłam, jakbym chciała

złożyć mu głęboki ukłon.

On zaśnie raczył spojrzeć na mnie.

To był Król.

A kim byłam ja?

Czegoś może ode mnie chciał, ale czego?

Lecz dokądże tak szłam?

Do kogo?

I wtedy spojrzał na mnie ten obcy,

sam tak zupełnie, jak ja byłam sama.

Wstał i ruszył za mną.

Zatrzymał się po dwu krokach.

Zesunęłam z nadgarstka pętliczkę wachlarza.

Żeby upadł.

Pani, rzekł,

Oto wachlarz…

Panie, powiedziałam,

czy mam go upuścić raz jeszcze?

I uśmiechnęłam się.

A on milczał.

Nie wiedział co powiedzieć.

Ja uśmiechnęłam się, a on milczał.

Och, to była miłość płomienna, czuła i bardzo zwykła.

Bardzo wielka, zniewalająca do drżenia, przyspieszająca tętno,

I bardzo była mała, bo miała granice we mnie, poddana stylowi.

Tańczyliśmy, spadaliśmy… Mój kochanek, niekochanek.

We dwa dni romans taką przebył drogę, jak się należało.

Byłam niewinna, tak, i zarazem winna straszliwie.

On nic nie podejrzewał.

Wieczorem trzeciego dnia wzięłam się nareszcie

do wykrycia, kim jestem.

Zwróciłam się ku sobie

ku mrocznej zagadce.

Przedtem – otóż właśnie.

Gdzie byłam

Byłom!?

Przedtem?

Chór odpowiedzi,

gdybyż tylko jeden ich łańcuch!

Duenna i/lub Angelita i/lub Tlenix

te genealogie krążyły we mnie.

Ale…

Ale to przecież nie może być!

Prawda nie może być sprzeczna,

Nie może.

To szaleństwo.

Więc cofnęłam się od tej otchłani

mojej i nie mojej.

Na powrót do tego, co jedyne.

Jedyne.

Wzięłam najmniejszy lancet.

Rozcięłam ciało na dwoje.

Gwałtownie.

Zaciskając zęby.

Zobaczyłam lśniący

Srebrny kształt.

To nie było ono,

obce, inne,

to byłam dalej ja sama.

Cóż za potworność!

Przerażające!

A wtedy on.

Zakradł się

Niosąc przed sobą tarczę czerwonych róż.

Zobaczył.

Jego twarz, jego niemy krzyk i ucieczka.

Miłość zgasła.

Spojrzałam na siebie w lustrze.

To ja, powiedziałam sobie bez słów,

to wciąż jeszcze ja.

Wybiegłam w ogród wilgotny i ciemny.

Mogłam pomknąć prosto za nim,

lecz nie zrobiłam tego.

Zajmowało mnie teraz moje nowe ciało.

Lśniący metal.

Mistrzostwo rozróżnień.

Szybkość ruchów.

Me zimne płuco lewe, gorące płuco prawe.

Pryzmatyczne oko wewnętrzne.

Zdolna dalej myśleć z poprzednią biegłością i swobodą,

jęłam działać.

Brałam w siebie woń niekochanka mojego,

by ruszyć jego śladem.

Zakręciłam się raz i drugi wkoło,

aż pognałam przed siebie,

chwyciwszy trop,

który miał być odtąd moim do końca.

Biegłam przez deszcze, biegłam przez skwary.

Biegłam przez pola, biegłam przez wąwozy i chaszcze.

Nie znałam potrzeby snu,

toteż i nocą

biegłam przez wsie,

biegłam przez osady,

biegłam przez miasteczka.

Biegłam.

Biegłam przez wichry, biegłam przez trzaskający mróz.

Biegłam przez parki, biegłam przez doliny i sady.

Nie znałam potrzeby jedzenia,

toteż i rankiem.

Biegłam przez targi,

biegłam przez wystawy,

biegłam przez jarmarki.

Biegłam.

Dni przeszły w tygodnie,

tygodnie w miesiące,

a ja wciąż biegłam.

Przeprawiałam się przez rzeki i zatoki.

Pędziłam.

Przecinałam strumienie i jeziora.

Mknęłam.

Przeszywałam mrowiska, rośliny i zwierzęta.

Gnałam.

Przebywałam góry i równiny.

Pędziłam.

Przebywałam skaliska i pustynie.

Mknęłam.

Biegłam.

Przebijałam wszystko, cokolwiek stanęło na mej drodze.

Lecz nadszedł dzień,

gdy zgubiłam jego zapach.

Jałowe okazały się wszystkie moje doskonałe zmysły.

Zebrawszy się w sobie, popełzłam ciężko

ku furcie klasztornej,

w której stał zakonnik.

Spytałam, czy pozwoli,

bym wyznała mu pewną rzecz, z którą trudno mi samej sobie poradzić.

Powiedziałam mu o wszystkim.

Taniec.

Król.

Miłość.

Pościg.

Rzekł mi:

A cóż, gdybyś znalazła tego, którego szukasz?

Czy wiesz, co wtedy uczynisz?

Ja na to:

Wiem tylko, czego nie chcę uczynić,

lecz nie mogę wiedzieć,

czy nie zabiję.

Rzekł mi:

Skoro, jak mi właśnie mówisz,

walczysz z tym,

we własnym umyśle,

powiedz mi, jakże ci z tym?

Ja na to:

Może i nie jest mi dobrze,

lecz tropić, ścigać, wykrywać,

śledzić i podpatrywać,

wszystko to przysparza mi zadowolenia.

Powtórnie spytał:

Co uczynisz, kiedy go zobaczysz?

Powtórnie odpowiedziałam:

Nie wiem. Nie wiem.

Nie, nie wiem.

Jesteś moją siostrą, powiedział.

Niewiedza twoja czyni nas równymi

przed Prowidencją.

Potem pokazał mi starą drewutnię.

Wszedł mi w płuca zapach.

Mnich rzekł:

Tak, był tutaj.

Skrywał się w naszym klasztorze,

lecz dwaj zdrajcy uprowadzili go

pięć dni temu.

Wybiegłam pędem

i puściłam się w stronę gór

za wskazówkami mnicha.

Pięłam się wyraźnym śladem

na rozgrzanych płaszczyznach skał.

Gnałam w górę

i czułam wzmożone tętno mego wnętrza,

które grało i śpiewało

we wspaniałym pościgu.

Zobaczyłam budowlę zabieloną śniegiem.

Wewnątrz panowała cisza.

Odgłos nagły,

po nim jeszcze jeden dźwięk, potem znów cisza.

Leżał pod schodami.

Żywy, lecz bez przytomności.

Świtem zajęczał

i przestał oddychać.

A wtedy, już uspokojona,

układałam się przy nim szczelnie,

owinęłam go i wzięłam w objęcia.

I leżałam tak w świetle i w mroku, przez dwa dni śnieżycy.

A w trzecim dniu wzeszło słońce.


Muszę się otrząsnąć z tej historii. Lem skonstruował ponurą rzeczywistość. Dziewczyna-Modliszka jest na wiele sposobów odstręczająca, nie jest to pozytywna bohaterka, trudno się z nią utożsamiać. Ale trudno też jej nie współczuć. Jest mi jej żal. Jest potworem powołanym do istnienia i obarczonym straszliwym zadaniem wbrew woli, bez możliwości ucieczki i pociechy. Poznaje smak miłości, piękna i wolności, ale wie, że te wartości i uczucia są w jej wypadku tylko narzędziami. Jeszcze jeden paradoks: sens jej istnienia jest ściśle określony, poznaje go dość szybko, ale odnajdując go nie zyskuje szczęścia, ewentualnie odrobinę satysfakcji. Ciekawe. Szczęście wymaga niewiadomej. Los pozostałych osób przejmuje mnie mniej, są widmowe, właściwie niewiele o nich wiadomo. Tak czy inaczej, nie żyli długo i szczęśliwe. Ale jednak jest też w tym rodzaj wciągającego, straszliwego piękna.


Na otrząsanie się nie mam zbyt wiele czasu. Przede mną kolejna rzecz, mniejsza. Wracam do pomysłu, który kiełkował od lata, a może dużo dłużej… Więcej za tydzień.