Baczyński 2

Baczyński ani przez moment nie próbuje się ukryć. Używa metafory i innych figur (może początkowo nadużywa), ale nie jako kamuflażu. Szuka piękna świata i piękna języka, ale nie próbuje dodać niczego do rzeczywistości, ani przydać niczego sobie; mówi wprost, szczerze i bezpretensjonalnie. Nie oszukuje ani siebie, ani nikogo innego. Chwilami można odnieść wrażenie, że się spieszy. Ale nie ucieka. Spieszy się, żeby zobaczyć i poczuć, ile tylko zdoła.


Tymczasem rozrywka: pisarz bije szlachcica (Szczepan Twardoch Macieja Radziwiłła). Jako potomek iluś pokoleń galicyjskich chłopów nie ukrywam, sprawia to przyjemność. Chociaż nieco ją osłabia fakt, że to jest trochę jak pojedynek mistrza wagi ciężkiej z amatorem wagi koguciej. Mistrz jedną ręką bije, a drugą macha do publiczności. Ale cóż, kogut sam wskakuje do klatki, doprasza się o lanie, więc trudno mieć pretensje. Stanowisko szlachcica dałoby się pewnie lepiej uargumentować (chociaż raczej nie z pozycji szlachcica). Widzę jakiś potencjał dla przynajmniej częściowej, lepszej argumentacji u Nassima Taleba, na przykład w anegdocie o safari i czyhaniu na lwa pośród nieprzebranych stad żyraf, zebr i antylop. Drapieżnik, jak zauważa Taleb, jest zawsze zjawiskiem nieporównanie rzadszym od ofiary i jako taki budzi dużo większą ciekawość, ale tak naprawdę tylko pozornie jest królem, bo prawdziwe życie to nie spektakularne ewenementy, tylko proza całych rzesz żyjących w zgodzie i współpracujących ofiar. Między drapieżnikiem a ofiarą istnieje rodzaj umowy, na mocy której drapieżnik ma co jeść i ma swoje pięć minut pokazu sprawności i siły, ale ofiara zawsze pozostaje zdecydowaną większością i to jej losy stanowią właściwą treść historii (w tym wypadku genetycznej). Tylko że, oczywiście, to ma się prawie nijak do wyzysku, ucisku i wielopokoleniowych majątków u ludzi. Nie chcieć widzieć ich konsekwencji to śmieszna hipokryzja.


A swoją drogą narracja Taleba staje się z czasem odrobinę męcząca. Nieustający gejzer błyskotliwych uszczypliwości, jakkolwiek wciągający, rozmywa główny przekaz. Właściwie to jest chyba prezentacja odmiany libertarianizmu, który prędzej czy później zjada własny ogon (nomen omen – Taleb mówi dużo o „ogonach” wykresów przedstawiających dynamikę ryzyka). Ale z drugiej strony to jest przede wszystkim satyra, która ma swoje prawa. Ogólnie rzecz biorąc Taleb mówi niegłupio, zwłaszcza, kiedy mówi poważnie. Jeden przykład, marginalny, ale aktualny: króciutki artykulik dokładnie sprzed roku zalecający indywidualną nadreakcję na zagrożenie wirusem, mimo niewielkiego faktycznego ryzyka ogromnej większości jednostek, dla dobra całego systemu, który w przypadku braku tych indywidualnych nadreakcji, zawali się. Czyli nawet libertarianizm nie zawsze musi uznawać maskę za zamach na suwerenność.


Co to ma wszystko do Baczyńskiego? Nie tak mało. Skóra w grze, mimo gwarancji jej utraty. Oczywiście w życiu, ale też w poezji. W dodatku skóra kompletnie naga. Baczyński staje śmiało wobec losu, który, jak to się mówi, zgotowali mu inni, w wyjątkowo niefortunnym momencie, bo innego nie ma do dyspozycji. Patrzy, mówi co widzi i czeka, aż los zetnie mu głowę. Jest w tym wyjątkowo poruszający.


Zaglądam do różnych pieśni. Przypominam sobie Brittena i Mussorgskiego, i swego rodzaju pomost pomiędzy nimi: Szostakowicza. Zaglądam też do Crumba. Nie wiem jakim cudem nie trafiłem wcześniej (spędziwszy dwa lata w Louisville, Kentucky) na Johna Jacoba Niles’a. Wspaniałe.


Teksty mam wybrane. Trzy: Spojrzenie, Wigilia oraz Śmierć.