7-הבל

12,6


Przez kilka lat, nie tak dawno, znałem się z półdziką kotką. Nie była to znajomość bardzo zażyła, bez wielkich zobowiązań i oczekiwań, ale z wzajemnym zainteresowaniem i szacunkiem (większymi po mojej stronie). Kotka korzystała chętnie z jedzenia i miejsca do wylegiwania się, a kiedy przyszła pora, również z miejsca do rodzenia i wychowywania dzieci. Przez kilka lat naszej znajomości, kotka została matką co najmniej cztery razy, wydając na świat kilkadziesiąt kociąt we wszystkich możliwych konfiguracjach kolorów czarnego, białego i rudego. Małe rodziły się, stopniowo nabierały samodzielności, a w przeciągu najwyżej trzech miesięcy od urodzin kolejno znikały, zapewne zjadane przez lisy i jastrzębie, a częściowo może również zgładzane przez własnego ojca, kręcącego się po okolicy całkiem dzikiego, kulawego kota bez połowy jednego ucha. Po żadnym nie został ślad. Kotka przyjmowała tę kolej rzeczy z dostojeństwem. Póki małe żyły, opiekowała się nimi i chroniła je, cierpliwie, choć nie bez pewnego zmęczenia, można było odnieść wrażenie. Kiedy znikało ostatnie, wracała do wcześniejszych zwyczajów. Być może z czasem odrobinę gorzkniejąc. Za którymś razem, gdy z kolejnego miotu został tylko jeden kot, nagle zniknęła sama kotka. Ostatni z jej potomków szybko się zaadaptował, odnalazł własne ścieżki, źródła pożywienia i miejsca do schronienia. Kiedy przetrwał pierwszą zimę, wydawało się, że zostanie na dłużej wśród żywych. Ale kolejnej jesieni znikł i on.


Gotowe. Około 12 minut. Żeby było więcej, trzeba by dodawać nie kolejne minuty, tylko zera, więc nie, tu koniec.


Oto tekst (Fragmenty z Księgi Koheleta).


A tu jeszcze raz brzmienie całości (w oryginale hebrajskim).


Tytuł utworu: Hevel, czyli centralna figura tej księgi (w tekście utworu nie pada). Trwają wokół tej figury bardzo interesujące dyskusje. Dwa przykłady, z wstępów do stosunkowo nowych, indywidualnych tłumaczeń Księgi: Czesław Miłosz opisuje swoje próby odejścia od zakorzenionej w tradycji, zaproponowanej na naszym gruncie przez Jakuba Wujka, wynikającej częściowo z łacińskiej vanitas, „marności”. Próbuje z „dymem marnym” (równolegle do mickiewiczowskiego „marnego puchu”), z „błędliwością tchnienia”, a w końcu kapituluje i wraca do „marności”. Inaczej robi Robert Alter, który idąc za „żywym konkretem hebrajskiej metafory” decyduje się na „ledwie oddech” (mere breath). To do mnie trafia dużo bardziej. A jeszcze bardziej trafia „pustka”, o której mówi na przykład Gianfranco Ravasi.


Pustka pustek.