4-הבל

8,7 - 4,2 - 9,7


Moja Babka ze strony Ojca, Agnieszka, zmarła, kiedy miałem niecałe 10 lat. Nie byłem z nią bardzo blisko związany, w rodzinne strony Ojca, do małej wsi pod Rzeszowem, jeździliśmy niezbyt często, góra trzy razy w roku, a sama Babka była osobą skrytą i małomówną. Właściwie nie pamiętam, żeby cokolwiek mówiła. Na nasz widok uśmiechała się, składała na policzkach trzy całusy, po czym wracała do roboty. Głównie pamiętam ją noszącą w różne miejsca różne wiadra. Niemniej, jej śmierć mnie poruszyła, choć nie wprost. Wstrząsająca była przede wszystkim myśl, że od teraz mój rodzic nie ma już swoich rodziców (Dziadek zmarł 9 lat przed moim przyjściem na świat). Że coś, o czym myśl napawa mnie zgrozą paraliżującą, coś niewyobrażalnego, dla niego właśnie się wydarzyło i najwyraźniej jego świat toczy się dalej. Zaskoczeniem była również moja własna reakcja na wieść o śmierci. W pierwszej chwili nie poczułem nic. Żadnego bólu, żalu, nawet cienia smutku. A zaraz potem rodzaj zawodu i wstyd, że nic nie czuję, a przecież chyba powinienem. I w kolejnej chwili pogłębiającą wstyd ciekawość, czy coś poczuję, kiedy będę tego wszystkiego bliżej, kiedy dotknę tej śmierci bardziej bezpośrednio. Zapragnąłem zobaczyć nieżywą Babkę, zobaczyć rodzinę, która żyła z nią na co dzień, zobaczyć pogrzeb i Ojca przed oraz w trakcie pogrzebu. Poprosiłem go więc, żeby zabrał mnie ze sobą (wybierał się sam). Zgodził się.


Z drogi w tamtą stronę nie zostało mi w pamięci nic. Pierwsze, co pamiętam, za to bardzo wyraziście i intensywnie, to Babka w trumnie. Starym zwyczajem, otwarta trumna z nieboszczką wystawiana była przez kilka dni (chyba trzy) w jednym z pomieszczeń w domu zmarłej, ze zmienną wartą modlących się i śpiewających płaczek. Tu wreszcie poczułem więcej z tego, co jak sądziłem należało poczuć. Poczułem trwogę. Poczułem groteskowość nieruchomej Babki w trumnie a jednocześnie grozę tego znieruchomienia. Wpatrywałem się w nią wiedząc, że się nie poruszy, ale nie mogąc się otrząsnąć z bolesnego, swędzącego wrażenia, że zaraz przecież się poruszy, bo nie da się tak trwać bez ruchu. Poczułem, że ten bezruch jest złudzeniem, ale takim, poza które nie mam dostępu i muszę się z nim pogodzić. Miałem ochotę Babki dotknąć, sprawdzić jakie w dotyku będzie jej ciało, czy zimne, czy twarde, ale wzdragałem się na myśl o tym, że faktycznie mógłbym jej dotknąć. Nie mogłem przestać zastanawiać się który z licznych zapachów w pomieszczeniu jest zapachem trupa. Poczułem też falę smutku. Zrobiło mi się żal Babki. Jej nieruchome ciało w trumnie, jak i jej całe życie, choć wiedziałem o nim niewiele, jak i wreszcie cały świat, w którym ten moment jest rzeczywistością, od której nie ma ucieczki, wydały mi się boleśnie, przeraźliwie smutne i godne pożałowania. Szkielet, podparcie, czy może wygodne koleiny dla tego żalu stanowiły głosy płaczek. Ich śpiew był monotonny i przenikliwy. Czułem, że jest konwencjonalny, że śpiewające panie w chustach na głowach niekoniecznie same są pogrążone w wielkim smutku, ale te ich zawodzenia, ton ich głosów, kształt i rytm melodii, same słowa, których nie pamiętam były jak naturalne, oczywiste i potrzebne tło dla tej rozciągniętej w czasie chwili.


Potem, w trakcie pogrzebu znowu czułem niewiele. Głównie chłód – było to pochmurne i wietrzne przedpołudnie. Zerkałem na Ojca, którego mina nie wyrażała nic. Może zmęczenie. Dźwięk łopaty wchodzącej w gliniastą ziemię i odgłos grud spadających na trumnę wydały mi się zaskakujące, w jakiś sposób przytulne. Starałem się zachować należną powagę, czym zasłużyłem sobie na kilka uwag od zebranych w duchu „jaki poważny i dojrzały”, które napawały mnie jednocześnie mimowolną dumą, co i wstrętem. A potem pamiętam wyraźnie wczesny ranek kolejnego dnia, kiedy spieszyliśmy się na pociąg w Rzeszowie. Pogoda się zmieniła, dopiero co wzeszłe słońce świeciło jaskrawo a na niebie były widoczne nieliczne pasma najwyższych chmur. Przez chwilę wydawało mi się, że czuję, jak Ziemia obraca się wokół własnej osi i to wrażenie aż zaparło mi dech w piersi. Na ulicach nie było ludzi, byliśmy zupełnie sami.


Jazda z powrotem była długa, ale przyjemna. Pamiętam dokładnie niebieskie obicia foteli w przedziale i lampki nad siedzeniami. Jedliśmy bułki z szynką i piliśmy herbatę z termosu. Miałem wrażenie, że ta jazda potrwa jeszcze długo, że kiedyś się skończy i jest to przerażające, ale jeszcze mam czas. Za oknem zapadał zmierzch, co mnie cieszyło, bo miałem wielką ochotę sprawdzić jak działają lampki.